Moja polityka - komentarze Tadeusz Gawlik

Bajki

Bajka o demokracji zawłaszczaniu

Francuski filozof i prawnik doby Oświecenia Charles Louis de Secondat, Monteskiuszem zwany uważał, że o jakości państwa stanowi gwarancja wolności i swobód jego obywateli. Wolności tej, zdaniem filozofa, służyć miało ograniczenie absolutyzmu politycznego. Chodzi zatem o to, by władza przysługująca jednemu człowiekowi lub grupie ludzi ją sprawujących nie przysługiwała im bez ograniczeń, Ograniczać ją powinny stanowione normy prawne i uznawane społecznie normy moralne. O normach moralnych w polityce zapomnieć już na pewno trzeba, ale normy prawne ustala w każdym czasie obowiązująca ustawa zasadnicza Konstytucją z szacunkiem przez niektórych nazywana. Monteskiusz piał więc, że należy oddzielić władzę zajmującą się ustanawianiem praw od władzy wprowadzającej w życie jej postanowienia a sądy powinny być całkowicie niezależne od władz państwowych. Dzięki temu sędziowie, nie obawiając się nacisków ze strony władzy, mogliby wydawać sprawiedliwe wyroki. Takoż zapisywano w kolejnych polskich konstytucjach. Trójpodział władzy jest i był od zawsze, w naszym przynajmniej kraju fikcją polityczną. Od czasów niepamiętnych ministerialne synekury były i są wyłącznie nagrodą dla wiernych często biernych i miernych towarzyszy partyjnych uzyskujących wysokie wyniki wyborcze, dające koteriom politycznym kolejny szczebel do upragnionej władzy. Każdy minister zarówno w czasach nieboszczki, Polski Ludowej jak i wolnej od komunizmu ojczyźnie, będąc jednocześnie posłem, sam uczestniczy w prawa stanowieniu i wprowadzaniu w życie jego nakazów. Sam przez to kontroluje i nadzoruje sprawowanie swej funkcji. Dziś fikcją prawną, na oczach suwerena staje się kolejna, obwarowana Konstytucją, zasada Monteskiusza mówiąca o niezawisłości sądów powszechnych. Spacyfikowany i zawłaszczony przez władzę Trybunał Konstytucyjny już dziś wydaje wyroki zgodne z życzeniem i wolą władzy wykonawczej, eliminując przy tym z orzekania niewygodnych, choć prawnie umocowanych w Trybunale sędziów. Poseł, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednym, osobiście zaskarża niewygodne dla siebie wyroki sądów powszechnych nawet w swojej prywatnej sprawie. Teraz przyszła pora na zawłaszczenie Krajowej Rady Sądownictwa. Obecnej władzy nie wystarczy fakt, że KRS została utworzona, w wyniku zmian ustrojowych, już w nowej Polsce a swoje mocne przedstawicielstwo ma w niej prezydent, sejm i senat RP, że w skład rady wchodzą z urzędu Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz, nie wiedzieć czemu, Minister Sprawiedliwości. Nowa władza chce sama wybierać wszystkich jej członków, powolnych jej politycznym nakazom. Nikt nie bierze jednak pod uwagę , że taki sędzia, który godzi się być wybrany przez organ polityczny, będzie w środowisku traktowany jak agent, twierdzą luminarze nauk prawnych. Domniemywać jednak należy, że na skupieniu władzy nad sądami powszechnymi zależy tylko dwóm osobom w Rzeczypospolitej, bo cała parlamentarna gawiedź ma to gdzieś w okolicach prostnicy, kiszką stolcową przez ciemny lud zwaną. Na sali sejmowej bowiem w czasie debaty nad ustawą o Krajowej Radzie Sądownictwa siedziało 13 posłów stron obojga a prezydium sejmu nudziło się jak mopsy. Oratorzy z patosem mówili wyłącznie do siebie i zielonych pustych foteli. Profesor Strzębosz, szef sędziowskiej „Solidarności”, że o innych tytułach nie wspomnę powiada, że w czasie tworzenia KRS, Kaczyński podpisywał się obiema rękami pod powołaniem tej instytucji, która uniezależni wybór i awans sędziów od interesów środowisk politycznych, przede wszystkim od PZPR. Dziś siedząc na fotelu I sekretarza powiada, że KRS to jest niewątpliwie instytucja postkomunistyczna, która została wprowadzona zaraz po Okrągłym Stole, żeby nie można było dokonać zmian w sądownictwie. Normalka! Punkt widzenia i punkt siedzenia zawsze ponoć są zbieżne. Już teraz, nie mając jeszcze w swoich łapach całego wymiaru sprawiedliwości, proponuje się drastyczne kary dla dziennikarzy i internautów za publikowanie „informacji kłamliwych”. Wiadomo wszak nie od dzisiaj, że kłamstwem jest wszystko co nie zostało zawarte w „przekazie dnia” publikowanym przez I Sekretarza. Kto zatem będzie oceniał prawdziwość informacji prasowych minister Ziobro czy osobiście Kaczyński.